Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Tak bardzo ciążyło mi to w sercu, że nie mogę mieć dziecka. Że zostałam skrzywdzona w taki sposób. Do tego Jessica najprawdopodobniej miała synka z Jamesem. Nie mogłam tego znieść. Nie mogłam dłużej już tego skrywać. Chodząc po mieście zastanawiałam się jak przeprowadzić rozmowę z moim mężem. Jak wyznać mu to wszystko. Jak przyznać się do tego wszystkiego? Bałam się, że mnie zostawi. Pragnął dziecka, a ja nie byłam w stanie mu tego dać. Jednak zrobiła to Jessica. Urodziła mu ślicznego synka. Na samą myśl w moich oczach pojawiły się łzy. Postanowiłam nie rozmawiać z Jamesem w domu. Nie chciałam, żeby ktokolwiek więcej na razie się o tym dowiedział. Wyciągnęłam z torebki telefon i dopiero teraz zauważyłam nieodebrane od niego połączenia. Nacisnęłam zieloną słuchawkę, a po chwili usłyszałam jego zmartwiony głos.
- Spotkajmy się za 15 minut na Hollywood Boulevard, dobrze?
- Pewnie Skarbie. Zaraz tam będę.
Zawróciłam w stronę domu i jednak przeceniłam swoje możliwości, bo gdy doszłam na wskazaną przeze mnie ulice James już tam był.
- Skarbie, coś się stało?
- Musimy porozmawiać. Na osobności. Bez świadków. - powiedziałam, wsiadając do samochodu. Jakiś czas temu w końcu zakupiliśmy go, bo jednak bez auta to jak bez ręki. Nie mogliśmy też stale od kogoś pożyczać.
- Zaczynam się bać. - odparł na moje słowa, kiedy znalazł się za kierownicą i odpalił samochód
- Szczerze? Masz czego. - zdezorientowany spojrzał na mnie i przejechał na czerwonym świetle
- Jimie, patrz na drogę. - oparłam głowę o szybę, patrząc na to co dzieje się za nią, a James w tej chwili starł się spleść nasze dłonie, jednak zabrałam dłoń. Nie mogłam znieść myśli, że ma dziecko z Jessicą. Ze mną nie mógł, ale z nią tak.
Gdy wyjechaliśmy w nieco przestronniejsze miejsce i było o wiele mniejsze ruch nagle zatrzymał samochód. Myślałam, że wyjdziemy za miasto.
- Nie mogę już dłużej. Co się stało?
- Oprócz tego, że po poronieniu nie mogę mieć teraz dzieci i że masz dziecko z Jessicą to nic.
- Słucham? Możesz powtórzyć jeszcze raz, bo się chyba przesłyszałem?
- Nie mogę dać ci dziecka, ale masz je już z Jessicą. Dotarło?! - wkurzona wyszłam z samochodu i ruszyłam w stronę plaży
Nie poszedł za mną. Kiedy odwróciłam się zobaczyłam jak odjeżdża i zostawia mnie tu samą. Tego się bałam. Tego, że mnie zostawi, że przestane być dla niego ważna w chwili, gdy się o wszystkim dowie. Nie miałam po co żyć...
Nie mogłam się doczekać, aż mała Vivienne będzie w domu. Taka mała kopia Carlosa i Karoliny. Już ją widziałam. Taka maluśka, cudowna, piękna.
- Kaaaaarola... - zaczęłam, gdy siedziałyśmy dłuższy czas razem w salonie
- Co jest Madzia? - odwróciła głowę w moją stronę
- A kiedy Viv będzie w domu? - na jej usta od razu wkradł się uśmiech
- Za kilka dni, nie wiemy jeszcze dokładnie. Jest wcześniakiem i musi trochę pobyć w szpitalu.
- Chciałabym ją zobaczyć.
- To pojedź jutro z nami.
- Mogłabym? - zapytałam ucieszona, bo tak strasznie chciałam ją zobaczyć
Zadowolona, że odwiedzę małą Penę poszłam na górę. Musiałam zacząć szykować się na imprezę. Wychodziłam dziś z Savannah. Jako, że nadchodzą święta przez kilka dni nie będzie żadnej imprezy, więc trzeba wykorzystać te co są. Miałam niecałe dwie godziny dlatego jak najszybciej wyciągnęłam z szafy bieliznę i udałam się do łazienki na dość szybki prysznic. Wychodząc z niego, natarłam ciało balsamem brzoskwiniowej, a następnie założyłam bieliznę, aby móc zacząć suszyć włosy suszarką z dyfuzorem. Dzięki niej na mojej głowie pojawiło się mnóstwo loków, a po chwili zdałam sobie sprawę, że nie zabrałam ze sobą żadnego ubioru. Wcześniejsza odzież, którą miałam na sobie leżała już w koszu na brudne pranie, więc musiałam szybko przemknąć się do mojego pokoju. Rozejrzałam się po piętrze i nikogo nie było, więc szybko wyskoczyłam z łazienki, ale kiedy dotarłam do drzwi ze swojego pokoju wyszedł Logan.
- Magda! - zaśmiał się na mój widok
- Spadaj. - puściłam mu oczko i weszłam do pokoju
Przygotowałam sobie co założę do klubu, a potem usiadłam przy toaletce i zajęłam się moim makijażem. Musiałam dodać sobie lat, dlatego był on mocny, ale byłam już do takiego przyzwyczajona. Do tego buty na obcasie, ale takie abym nie zabiła się, ale mogła też swobodnie tańczyć. Kiedy byłam już gotowa, spakowałam najpotrzebniejsze mi rzeczy do torebki i wyszłam z pokoju. Na korytarzu spotkałam się z Loganem, a gdy mnie zobaczył to zagwizdał, za co dostał ode mnie po ramieniu.
- Madziula, nie ma opcji. Rzucam dla ciebie nawet Andreę. - wyszczerzył się w moją stronę i objął ramieniem
- A idź ty staruchu. - zaśmiałam się i zrzuciłam z siebie jego rękę, aby wyjść z domu gdzie czekała już na mnie Savannah
- Ale się odstroiłaś. Idziemy. - złapała mnie pod rękę i poszłyśmy w kierunku klubu...
Razem z Savannah bawiłam się świetnie. Znała jednego z pracowników tej dyskoteki przez co bez problemu mogłyśmy wejść do klubu i śmiało się tam bawić. Jako, że był barmanem mogłyśmy też napić się czegoś procentowego. Przetańczyłam już miliony kawałków i wydaje mi się, że to co wypiłam już ze mnie uszło. Podeszłam do baru i zamówiłam drinka od George'a. Po chwili stał już przede mną i powoli zaczęłam sączyć zawartość. Było fajnie, dobrze się bawiłam, ale nie czułam się w pełni szczęśliwa, ale nic nie byłam w stanie na to poradzić. Czegoś mi brakowało. Czegoś, a może kogoś... Nie, nie. Przechyliłam mocniej szklankę i opróżniłam ją całą, a potem strzeliłam kolejny uśmieszek do Georga.
- Rozpijam nieletnich no. - powiedział rozbawiony, robiąc kolejnego, a ja przyglądałam się jego poczynaniom, to co tam wyprawiał za ladą, było genialne.
Chwilę potem dosiadła się do mnie Sava i poprosiła Georga o coś dla siebie, a my spojrzeliśmy po sobie i zaśmialiśmy się, a ona spojrzała na nas dziwnie, ale nie pytała o co chodzi. Odwróciłam głowę w jej stronę i mój wzrok padł za nią. Gdy zobaczyłam pewną osobę, od razu zeskoczyłam z krzesełka i schowałam za Savannah.
- Co ty odpierdalasz? - spojrzała na mnie jak na idiotkę
- James tam siedzi przy ladzie. - odwróciła się za siebie i przyglądała mu się
- Oj... Tatusiek ci się nieźle narąbał.
- Słucham? - wyprostowałam się i przyjrzałam mu dokładniej, a Sava wyjęła telefon i zrobiła mu zdjęcie
- Pogrzało cię?! Przestań! - krzyknęłam na nią i kazałam usunąć to zdjęcie
- Dobra, wyluzuj. Chodź się bawić. - pociągnęła mnie za rękę i wróciłyśmy na parkiet, by na nowo wirować w rytm muzyki...
Nie wiedziałam co mam teraz zrobić. James mnie tutaj zostawił, a ja nie miałam zamiaru wrócić do domu. Nie chciałam się z nim teraz skonfrontować. Było mi cholernie źle, bo nie pomyślał co ja mogę w takiej sytuacji czuć. Zostawił mnie na plaży, myśląc tylko o sobie. Z moich oczu wypłynęły już miliony łez, a z każdą chwilą czułam się jeszcze gorzej. Wzięłam swój telefon i przejrzałam kontakty. Przez przypadek mój palec zatrzymał się na numerze Ethana. Jeszcze kilka dni temu mówił, że mogę zawsze na niego liczyć, że zawsze mi pomoże, dlatego więc wybrałam jego numer. Zgłosił się bardzo szybko i od razu powiedział, że po mnie przyjedzie. Niestety nie mogłam przestać płakać i taką też mnie zobaczył, gdy po mnie przyszedł.
- Jeju. Caroline, co się stało? - wtuliłam się w jego jak bezbronne dziecko, dziecko... i znów rozpłakałam się jeszcze bardziej
- Hej, chodź tu do mnie. Wstajemy. - pociągnął mnie za sobą na górę i poprowadził do swojego samochodu, a tam dał mi chusteczki
- Jedziemy do mnie? - spojrzałam na niego i jedynie pokiwałam głową
Jechaliśmy dość długo, a ja starałam się opanować mój płacz. Było to strasznie trudne, bo to tak bardzo bolało... Poczułam się jakby James potraktował mnie jak ostatniego śmiecia. Nic nieznaczącego, na którego nie warto zwrócić nawet uwagi. Co on sobie w ogóle myślał tak zostawiając mnie na tej cholernej plaży?! Nagle stanęliśmy i rozejrzałam się po okolicy. Jeszcze nigdy nie byłam u niego. Zauważyłam nazwę ulicy i mocno się zdziwiłam.
- Ethan, a czy to na serio było blisko do mojego wcześniejszego domu? - spytałam podejrzliwie, a ten uśmiechnął się w moją stronę
- No ale... Co mi szkodziło? To niecałe dziesięć minut.
- Ethan!
- Oj nie gniewaj się. - podszedł do mnie i delikatnie połaskotał, przez co się zaśmiałam
- Jesteś niemożliwy. - uśmiechnęliśmy się do siebie, a zaraz skierowaliśmy się w stronę jego mieszkania...
Autorka siedzi w domu, autorka się dziś starzeje, autorka nudzi się XD Taki mały prezencik dla Was ;)
czwartek, 28 marca 2013
czwartek, 21 marca 2013
rozdział 89
Wczoraj przez cały wieczór Karolina próbowała jakoś ze mną porozmawiać, ale ja tego nie chciałam. Udało mi się tego uniknąć, ale kiedy wróciłam z pracy nie dała mi się już zbyć. Chodziła za mną ciągle i nic z tego.
- Czego ty chcesz? - odezwałam się zła
- Porozmawiać.
- O czym niby?
- James się o ciebie martwi. Mówi, że od kilku dni jesteś jakaś dziwna i pewnego dnia, gdy wróciłaś płakałaś.
- Mogę powiedzieć ci jedno. Zajmij się swoim życiem i swoim dzieckiem. - tak, byłam zazdrosna o to, że Karolina miała dziecko, że urodziła córeczkę, a mi to już nie było dane... Poczułam zbierające się w oczach łzy i chciałam szybko odejść, jednak ta pociągnęła mnie za rękę i zauważyła jak zaciskam usta, starając się nie rozpłakać.
- Karolcia, co jest? Wiesz, że możesz mi o wszystkim powiedzieć.
- Czy nie możesz uszanować, że nie chce o tym mówić? Zawsze musisz wszystko wiedzieć? - może i byłam wobec niej chamska, ale w tym momencie nie umiałam się inaczej zachować. Kiedy patrzyłam na nią to przed oczami miałam obrazy jej i Carlosa oraz tego jak się cieszą i oczekują na narodziny małej. Kiedyś mi się nie udało, a teraz już nie mogę... Popełniłam zbyt wiele błędów, a teraz jestem karana... Coś na pozór karmy, ale dlaczego w taki sposób? Kiedy tak bardzo pragnęłam mieć dziecko?
Mierzyłyśmy się wzrokiem, a to ona pierwsza odpuściła, a wtedy wyszłam z domu. Nie miałam zamiaru na kolejną taką aferę. Wiem, że powinnam o tym komuś powiedzieć... Ale nie potrafiłam. Nie umiałam tego zaakceptować i przyzwyczaić się do tej myśli...
Nie wiedziałam co się dzieje. Nikt w tym domu nie zachowywał się normalnie. Z Karoliną coś się stało. Nie chciała porozmawiać z Jamesem ani mną. Carlos też coś świrował i nie wiadomo o co chodziło. Czy... Nie... To nierealne. Prawda? Przecież pomiędzy nimi nic nie mogło się wydarzyć. Nie! Dwie najbliższe mi osoby nie zrobiły czegoś tak okropnego. Nie to nie możliwe. Że też w ogóle coś takiego wpadło mi do głowy. Nie ma takiej możliwości.
- Carlos?! - krzyknęłam i udałam się od razu do góry
- Coś się stało?
- Musimy porozmawiać. Teraz. Natychmiast!
- Ej, kochanie. Co się dzieje? - zaciągnęłam go z powrotem do pokoju małej, bo on cały czas tam coś dopracowywał
- Łączy cię coś z Karoliną? - wybuchł śmiechem, a potem na mnie spojrzał
- Ty pytasz poważnie?
- Jak najbardziej. Od kilku dni ty i Karolina zachowujecie się dziwnie.
- Nie mogę uwierzyć w to, że w ogóle o tym pomyślałaś. - pokręcił z dezaprobatą głową i chciał wyjść, omijając mnie
- To co mam myśleć, gdy żadne z was nie chce ze mną rozmawiać?!
Wtedy powiedział mi o co chodzi naprawdę. Nie sądziłam, że oto może chodzić i zrobiło mi się cholernie głupio, że mogłam ich o coś takiego posądzić. Obwiniał się, że to przez niego Vivienne urodziła się za wcześnie, że gdyby nie jego upór w błahej sprawie to byłoby wszystko w porządku. Taka sama było moja wina, że byłam zbyt ciekawska. W końcu porozmawialiśmy sobie spokojnie i wyjaśniliśmy wszystko. Przecież najważniejsze, że Vivienne nic nie było. Niczym więcej nie powinniśmy się przejmować.
- Czego ty chcesz? - odezwałam się zła
- Porozmawiać.
- O czym niby?
- James się o ciebie martwi. Mówi, że od kilku dni jesteś jakaś dziwna i pewnego dnia, gdy wróciłaś płakałaś.
- Mogę powiedzieć ci jedno. Zajmij się swoim życiem i swoim dzieckiem. - tak, byłam zazdrosna o to, że Karolina miała dziecko, że urodziła córeczkę, a mi to już nie było dane... Poczułam zbierające się w oczach łzy i chciałam szybko odejść, jednak ta pociągnęła mnie za rękę i zauważyła jak zaciskam usta, starając się nie rozpłakać.
- Karolcia, co jest? Wiesz, że możesz mi o wszystkim powiedzieć.
- Czy nie możesz uszanować, że nie chce o tym mówić? Zawsze musisz wszystko wiedzieć? - może i byłam wobec niej chamska, ale w tym momencie nie umiałam się inaczej zachować. Kiedy patrzyłam na nią to przed oczami miałam obrazy jej i Carlosa oraz tego jak się cieszą i oczekują na narodziny małej. Kiedyś mi się nie udało, a teraz już nie mogę... Popełniłam zbyt wiele błędów, a teraz jestem karana... Coś na pozór karmy, ale dlaczego w taki sposób? Kiedy tak bardzo pragnęłam mieć dziecko?
Mierzyłyśmy się wzrokiem, a to ona pierwsza odpuściła, a wtedy wyszłam z domu. Nie miałam zamiaru na kolejną taką aferę. Wiem, że powinnam o tym komuś powiedzieć... Ale nie potrafiłam. Nie umiałam tego zaakceptować i przyzwyczaić się do tej myśli...
Nie wiedziałam co się dzieje. Nikt w tym domu nie zachowywał się normalnie. Z Karoliną coś się stało. Nie chciała porozmawiać z Jamesem ani mną. Carlos też coś świrował i nie wiadomo o co chodziło. Czy... Nie... To nierealne. Prawda? Przecież pomiędzy nimi nic nie mogło się wydarzyć. Nie! Dwie najbliższe mi osoby nie zrobiły czegoś tak okropnego. Nie to nie możliwe. Że też w ogóle coś takiego wpadło mi do głowy. Nie ma takiej możliwości.
- Carlos?! - krzyknęłam i udałam się od razu do góry
- Coś się stało?
- Musimy porozmawiać. Teraz. Natychmiast!
- Ej, kochanie. Co się dzieje? - zaciągnęłam go z powrotem do pokoju małej, bo on cały czas tam coś dopracowywał
- Łączy cię coś z Karoliną? - wybuchł śmiechem, a potem na mnie spojrzał
- Ty pytasz poważnie?
- Jak najbardziej. Od kilku dni ty i Karolina zachowujecie się dziwnie.
- Nie mogę uwierzyć w to, że w ogóle o tym pomyślałaś. - pokręcił z dezaprobatą głową i chciał wyjść, omijając mnie
- To co mam myśleć, gdy żadne z was nie chce ze mną rozmawiać?!
Wtedy powiedział mi o co chodzi naprawdę. Nie sądziłam, że oto może chodzić i zrobiło mi się cholernie głupio, że mogłam ich o coś takiego posądzić. Obwiniał się, że to przez niego Vivienne urodziła się za wcześnie, że gdyby nie jego upór w błahej sprawie to byłoby wszystko w porządku. Taka sama było moja wina, że byłam zbyt ciekawska. W końcu porozmawialiśmy sobie spokojnie i wyjaśniliśmy wszystko. Przecież najważniejsze, że Vivienne nic nie było. Niczym więcej nie powinniśmy się przejmować.
piątek, 15 marca 2013
rozdział 88
Przez to wszystko co działo się ostatnio nie mogłam się na niczym skupić. Myśli pałętały się jedynie wokół jednego. Tego, że nie mogłam mieć dziecka, które tak bardzo pragnęliśmy z Jamesem. Nie wiedziałam jak mu to powiedzieć, bo wiedziałam, że bardzo tego chce, że chce zostać tatą. Nie wiedziałam jak to powiedzieć komukolwiek! To było dla mnie coś strasznego, coś na domiar tragedii. Kiedy w przeszłości nie chciałam dziecka, zostało mi one ofiarowane, a gdy zaczęłam je kochać zostało mi odebrane, choć i tak wtedy byłam głupią małolatą. Dopiero teraz odczuwam to, że mogłam mieć dziecko. Małą kopię siebie, która byłaby dla mnie najważniejsza.
- Caroline, co jest? - usłyszałam, a kiedy podniosłam głowę Ethan palcem starł łzy, które wypłynęły z moich oczu
- Trudny okres i tyle.
- Coś z Jamesem?
- Po części.
- Chcesz pogadać?
- Nie Ethan. Przepraszam, ale na razie sama muszę sobie z tym poradzić.
- Ok, w porządku. Ale pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. - dotknął mojej dłoni
- Wiem i dziękuje. - uśmiechnęłam się, a wtedy zza drzwi wyszedł nasz szef, który mnie do siebie poprosił.
Zaskoczona skierowałam się do jego biura i zastanawiałam się co takiego się stało, że chciał ze mną porozmawiać. Szybko się dowiedziałam, bo od razu przeszedł do sedna i że zauważył, iż od kilku dni przychodzę do pracy niewyspana i zmartwiona czymś. Chciał mi nawet dać wolne, ale nie ma takiej opcji. Nie mam ochoty spędzał całego dnia w domu. Nie potrafię jeszcze porozmawiać z Jamesem na temat dziecka... Którego nie możemy mieć...
Dość długo rozmawialiśmy w salonie całą piątkę, ale z czasem moje oczy zaczęły się zamykać, aż w końcu zasnęłam. Wtedy Carlos musiał przenieść mnie do pokoju, bo kiedy obudziłam się leżałam w naszym pokoju, wtulona w kołdrę. Wyszłam z łóżka i zastanawiałam się gdzie mogę znaleźć ukochanego, ale szybko go znalazłam, ponieważ usłyszałam jakieś hałasy w przyszłym pokoju naszej Vivienne. Zapukałam do drzwi, bo nie chciałam, żeby znów się na mnie zezłościć, że jestem za ciekawska. Gdybym ostatnio taka nie była Viv, nie urodziłaby się w trybie ekspresowym.
- O Kochanie. Już się obudziłaś? - wychylił się zza drzwi
- Tak, a mogę wejść?
- No dobra.
- Ale nie. Jak nie chcesz to nie wejdę. Poczekam.
- Oj chodź Kochanie. - ujął moją dłoń i zaprowadził do środka
Aż zaparło mi dech w piersi. Pokój był cudowny. Carlos ustawiał jeszcze mebelki w pokoju, ale i tak byłam nim zauroczona. Wyglądało to przepięknie. Od razu przytuliłam się mocno do Carlosa i pocałował go.
- Jest prześlicznie. Nie sądziłam, że w pokoju można się zakochać. - w końcu na jego ustach od kilku dni zauważyłam uśmiech
- Nareszcie. Powiesz mi czemu od kilku dni chodzisz smutny? Odkąd urodziła się nasza Vivienne?
- Przestań. Nie szukaj dziury w całym.
- Wiem, że coś się stało. Nie uda Ci się mnie okłamać, bo to widzę.
- Oj nic takiego.
- Carlos, proszę. Powiedz mi no.
- Nic się nie dzieje, ok? A teraz chciałbym dokończyć pokój.
- Świetnie. Najlepiej nie rozmawiać o problemie!
Wyszłam wkurzona z pokoju i zastanawiałam się o co mogło chodzić, bo na to, że powie mi po ludzku co się stało to nie miałam co liczyć.
Siedzę sobie chora, siedzę i mam już 5 do przodu :D Będą nowe dość szybko :D
Vivienne jest już w bohaterach chciałabym Wam oznajmić ;)
- Caroline, co jest? - usłyszałam, a kiedy podniosłam głowę Ethan palcem starł łzy, które wypłynęły z moich oczu
- Trudny okres i tyle.
- Coś z Jamesem?
- Po części.
- Chcesz pogadać?
- Nie Ethan. Przepraszam, ale na razie sama muszę sobie z tym poradzić.
- Ok, w porządku. Ale pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. - dotknął mojej dłoni
- Wiem i dziękuje. - uśmiechnęłam się, a wtedy zza drzwi wyszedł nasz szef, który mnie do siebie poprosił.
Zaskoczona skierowałam się do jego biura i zastanawiałam się co takiego się stało, że chciał ze mną porozmawiać. Szybko się dowiedziałam, bo od razu przeszedł do sedna i że zauważył, iż od kilku dni przychodzę do pracy niewyspana i zmartwiona czymś. Chciał mi nawet dać wolne, ale nie ma takiej opcji. Nie mam ochoty spędzał całego dnia w domu. Nie potrafię jeszcze porozmawiać z Jamesem na temat dziecka... Którego nie możemy mieć...
Dość długo rozmawialiśmy w salonie całą piątkę, ale z czasem moje oczy zaczęły się zamykać, aż w końcu zasnęłam. Wtedy Carlos musiał przenieść mnie do pokoju, bo kiedy obudziłam się leżałam w naszym pokoju, wtulona w kołdrę. Wyszłam z łóżka i zastanawiałam się gdzie mogę znaleźć ukochanego, ale szybko go znalazłam, ponieważ usłyszałam jakieś hałasy w przyszłym pokoju naszej Vivienne. Zapukałam do drzwi, bo nie chciałam, żeby znów się na mnie zezłościć, że jestem za ciekawska. Gdybym ostatnio taka nie była Viv, nie urodziłaby się w trybie ekspresowym.
- O Kochanie. Już się obudziłaś? - wychylił się zza drzwi
- Tak, a mogę wejść?
- No dobra.
- Ale nie. Jak nie chcesz to nie wejdę. Poczekam.
- Oj chodź Kochanie. - ujął moją dłoń i zaprowadził do środka
Aż zaparło mi dech w piersi. Pokój był cudowny. Carlos ustawiał jeszcze mebelki w pokoju, ale i tak byłam nim zauroczona. Wyglądało to przepięknie. Od razu przytuliłam się mocno do Carlosa i pocałował go.
- Jest prześlicznie. Nie sądziłam, że w pokoju można się zakochać. - w końcu na jego ustach od kilku dni zauważyłam uśmiech
- Nareszcie. Powiesz mi czemu od kilku dni chodzisz smutny? Odkąd urodziła się nasza Vivienne?
- Przestań. Nie szukaj dziury w całym.
- Wiem, że coś się stało. Nie uda Ci się mnie okłamać, bo to widzę.
- Oj nic takiego.
- Carlos, proszę. Powiedz mi no.
- Nic się nie dzieje, ok? A teraz chciałbym dokończyć pokój.
- Świetnie. Najlepiej nie rozmawiać o problemie!
Wyszłam wkurzona z pokoju i zastanawiałam się o co mogło chodzić, bo na to, że powie mi po ludzku co się stało to nie miałam co liczyć.
Siedzę sobie chora, siedzę i mam już 5 do przodu :D Będą nowe dość szybko :D
Vivienne jest już w bohaterach chciałabym Wam oznajmić ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)